Get Adobe Flash player

Oto Świadectwa ludzi, którzy zaufali programowi AA w jelczu-laskowicach.
Uzależnieni
Wąsko i cały czas pod górkę
Boże -  użycz mi pogody ducha, abym godził się z tym, czego nie mogę zmienić - odwagi, abym zmieniał to, co mogę zmienić - mądrości, abym odróżniał jedno od drugiego. Tą modlitwą rozpoczyna się każde spotkanie anonimowych alkoholików
W Jelczu-Laskowicach istnieją dwie grupy AA - „Zosia” i „Nowe Życie”. „Zosia” powstała 15 lat temu. Jej założycielką była pielęgniarka Zofia Pająk. Jej imieniem nazwano grupę. Na początku w spotkaniach uczestniczyły trzy osoby - Heniek, Michał i Piotr. Wkrótce do nich dołączyła Zenia. Przychodzili inni i odchodzili, ale trzon grupy był stały i przez parę lat grupa funkcjonowała w takim gronie.
Dziewięć lat temu uaktywnieniem grupy zajął się Krzysztof. Wtedy już wiedział, że bez jej wsparcia sam sobie nie poradzi z chorobą alkoholową. Dołączali kolejni zainteresowani. W roku 2010 zawiązano drugą grupę AA „Nowe życie”. Obecnie obie wspólnoty skupiają ponad 50 osób, które pomagają sobie nawzajem trwać w trzeźwości. Podstawowym warunkiem uczestnictwa w tych wspólnotach jest wola zaprzestania picia i trwania w trzeźwości. Ważna też jest chęć dzielenia się własnym doświadczeniem i pomagania innym. Grupy AA są samowystarczalne dzięki dobrowolnym datkom ich członków. Nie wiążą się z żadnym wyznaniem i są apolityczne.
Spotkania
To podstawowa forma terapii. Członkowie grup gromadzą się wokół zapalonej świecy, której płomień symbolizuje nadzieję. Trzymając się za ręce odmawiają modlitwę: Boże -  użycz mi... Następnie odczytują „dwanaście kroków AA”, według których powinni postępować, a także „dwanaście tradycji AA”, które określają zasady funkcjonowania wspólnot AA. Najważniejszy jest pierwszy krok: Przyznaliśmy, że jesteśmy bezsilni wobec alkoholu, że przestaliśmy kierować własnym życiem. Pierwsza tradycja to przypomnienie podstawowej zasady: Nasze wspólne dobro powinno być najważniejsze, wyzdrowienie każdego z nas zależy od jedności anonimowych alkoholików. Odczytywany jest tekst pogłębiający refleksję zawartą w modlitwie.
Samo przybycie na spotkanie grupy AA nie gwarantuje uzdrowienia. - Najpierw przychodzą nogi, potem głowa - mówi Krzysztof. - Pierwszy kontakt z grupą AA już jest jakimś krokiem ku lepszemu. Nikt nie został zaszczepiony przeciwko uzależnieniu. Przekonanie, że można z tym problemem poradzić sobie, rodzi się po wysłuchaniu tych, którzy już trwają w trzeźwości. Wówczas dociera do świadomości to, że każdy uzależniony musi najpierw przyznać się do tej choroby i chcieć z niej się wyleczyć. Znam dwudziestolatków, którzy już dostrzegli problem i chcą być trzeźwi. Warto podjąć ten wysiłek. Niedawno spotkałem się z sześćdziesięciolatkiem, który wyznał, że dopiero pół roku temu „odkrył” zielony kolor trawy i zmieniające się pory roku...
Pięć świadectw
- Mam na imię ...., jestem alkoholikiem... Tak zaczynają swoje świadectwa. Mówią tylko o sobie, o swoim uzależnieniu i jego konsekwencjach. Nie retuszują swoich doświadczeń. Każdy z nich zaczynał pić w szkole, w pracy. Na początku nic nie zapowiadało problemów.
- Zdecydowałem się na terapię, gdy zawaliło mi się całe życie - mówi Krzysztof. – Krzywdziłem swoją rodzinę. Żona zaczęła o mnie walczyć. Ale wtedy jeszcze nie dopuszczałem do siebie myśli, że jestem alkoholikiem. Ja, biznesmen prowadzący firmę i zatrudniający pracowników, alkoholikiem? To niemożliwe! Piję jak każdy. Co z tego, że codziennie. Przepiłem firmę, zadłużyłem się na pół mln złotych, z braku pieniędzy zacząłem wynosić rzeczy z domu i sprzedawać, ale w dalszym ciągu nie uważałem siebie za alkoholika. Zaszyłem się kilka razy. Był dwuletni okres niepicia, bo byłem zaszyty, ale nie przyjmowałem najmniejszej sugestii, że ze mną jest niedobrze. W pewnym momencie znalazłem się na torach, w moim kierunku jechał pociąg. Wtedy dotarło do mnie, że nie jest dobrze. Z żoną poszedłem do lekarza, nic nie wiedziałem o istnieniu grup AA, a może nie chciałem wiedzieć. Opowiedziałem historię swego życia. Diagnoza była jednoznaczna. Mimo to nadal uważałem, że nie jestem alkoholikiem. Zgodziłem się na terapię dla świętego spokoju, chciałem sobie odpocząć: sześć tygodni w zamknięciu, bez kontaktów z policją i prokuraturą, a wtedy interesowali się mną, wątroba odpocznie, zregeneruję się i żona przestanie mi truć. Cały czas byłem na „nie”. Zrozumienie problemu zawdzięczam terapeucie, który był trzeźwym alkoholikiem. Rozumiał mnie, bo przeżył to samo. Wiedział jak do mnie podejść, potraktował mnie bardzo ostro, wjechał  na ambicję. Postanowiłem pokazać mu, że potrafię. I tak, dziewięć lat temu, zaczęło się moje trzeźwienie. Do dzisiaj jestem abstynentem. W osiągnięciu tego pomogło mi wiele osób, które wskazywały mi możliwość funkcjonowania bez alkoholu. To moi przyjaciele, na których mogę liczyć. I każdy z nich tak samo może polegać na mnie.
Prawie u wszystkich alkoholików impuls do zerwania z uzależnieniem daje osoba najbliższa – żona, mama, ojciec, dobry przyjaciel. Każdy alkoholik musi znaleźć swoją drogę do trzeźwości. Spotykamy się, by o tym rozmawiać, dzielimy się swoimi doświadczeniami, wspieramy się. Droga trzeźwiących alkoholików jest wąska i cały czas pod górkę.
- Kilkanaście lat temu dołączyłem do Heńka, Michała, Piotra i Zeni - mówi Janusz. - Nie wytrzymałem. Ponownie zacząłem trzeźwieć w roku 2005, po siedmiu latach ostrego picia. Wyjście z tego ciemnego tunelu wskazali mi trzeźwiejący alkoholicy. Nie docierały do mnie tłumaczenia najbliższych. W roku 1996 założyłem rodzinę, dwa lata po ślubie urodził mi się syn, a ja piłem coraz więcej. Ale zaczynało docierać do mnie, że to wszystko mogę stracić. Wyjście z nałogu nie było proste. Byłem trzy razy zaszywany, miałem 18-miesięczną przerwę w piciu, ale to nie pomagało. Nawet straciłem prawo jazdy. Żona starała się do mnie dotrzeć. Prosiła, płakała, zaklinała na nasze dziecko, a ja w duchu chciałem, żeby przestała truć, bo suszyło i chciałem się napić. Potrafiłem przepić pieniądze, które żona dała mi na lekarstwa dla chorego naszego synka. Żona zmusiła mnie do poddania się terapii. Tam zaświeciło mi się zielone światło. To, co wcześniej słyszałem od życzliwych mi ludzi, zaczęło do mnie docierać. Nie od razu. Na początku byłem w opozycji. Myślałem, że po terapii i tak się napiję. Ale zacząłem szczerze pisać o sobie, o swoim pijackim życiu - o tym, co nabroiłem i mogłem nabroić. Gdy po sześciu tygodniach terapii zobaczyłem swoje dziecko, zadałem sobie pytanie: Ile zła mu wyrządziłem? W końcu przestałem pić z własnej, nieprzymuszonej woli.
Po pięciu latach niepicia, rzuciłem papierosy, po 23 latach palenia. Cieszę się z tego. Stworzyłem sobie coś w rodzaju sygnalizatora: czerwone, żółte, zielone. Jestem na zielonym – nie piję i nie palę. Gdy zapalę, będę na żółtym, krok od czerwonego. Całkiem nie da się wyrugować chęci wypicia czy zapalenia. Wtedy potrzebna jest rozmowa z kimś, kto ma takie same problemy. Po to jest grupa AA. Bez pomocy w krytycznych momentach mogą nawet rodzić się myśli samobójcze. To typowe dla ludzi uzależnionych. Po terapii straciłem kolegów, z którymi spotykałem się na piwie czy wódce. Po czasie okazało się, że moi dawni przeciwnicy, którzy zabraniali mi picia, stali się moimi przyjaciółmi, a kumple od kielicha - wrogami.
- Miałem 10 lat, gdy pierwszy raz upiłem się z kolegą starszym ode mnie o rok - wyznaje Sylwester. - W ostatnim okresie podstawówki zdarzało się to coraz częściej. Koledzy, wagary, tanie wina. W zawodówce było jeszcze gorzej. U mnie fazy alkoholizmu - wstępna i ostrzegawcza – przeminęły bardzo szybko. Osiągnąłem fazę krytyczną.
Miałem 21 lat, gdy prowadząc samochód po pijanemu uderzyłem w latarnię uliczną. Wtedy miałem ponad 3 promile alkoholu. Było to pierwsze poważne ostrzeżenie. Nie chciałem tego zrozumieć, mimo że najbliżsi zwracali na to uwagę. Sądziłem, że piję jak każdy. Kaca leczyłem piwem i wódką. Choroba rozwijała się. Doszło do tego, że najważniejsze było to, by się napić, nieważne z kim i nieważne co. Dobrze, że nie doszedłem do denaturatu i innych „wynalazków”. Myślałem, że po założeniu rodziny będzie lepiej. Pięć miesięcy po ślubie dużo nie brakowało do rozpadu mojego małżeństwa. Musiałem rozstać się z żoną, bo przychodziłem pijany, awanturowałem się. Zamieszkałem u rodziców. Raz ojciec zamknął mnie w mieszkaniu, żebym nie poszedł pić. Przed domem był kolega z reklamówką browarów. Wyskoczyłem przez okno i złamałem nogę. Dwa i pół miesiąca byłem na zwolnieniu chorobowym. Na początku roku 2008 drugi raz zabrano mi prawo jazdy. Po zabawie sylwestrowej wsiadłem za kierownicę, mając ponad 3 promile alkoholu we krwi. Wyrok do roku 2012, nadzór kuratora sądowego. Nic jednak do mnie nie docierało, myślałem tylko o piciu. Kiedyś po kilkudniowym piciu obudziłem się bez grosza. Wcześniej zastawiłem w lombardzie obrączkę i telefony komórkowe. Został mi tylko laptop. Coś mnie powstrzymało przed zaniesieniem go do lombardu. Zacząłem chodzić na spotkania grupy AA. O istnieniu grupy dowiedziałem się od kuratora, który też skierował mnie do Poradni Uzależnień. Na spotkaniach anonimowych alkoholików samo słowo „alkohol” wywoływało u mnie głód alkoholowy. Po którymś spotkaniu, przed moim ślubem, wypiłem. Usprawiedliwiałem się tym, że na weselu i tak łyknę. Przestałem uczęszczać na spotkania AA. Wmawiałem sobie i innym, że sam sobie poradzę. Nie dopuszczałem myśli, że picie kontrolowane jest nie dla mnie. Po jednym piwie przychodziła chęć na więcej i więcej. Zaczęło do mnie docierać, że jest coś nie tak. Poddałem się terapii. Przez sześć tygodni terapeuci uświadamiali mi, co robiłem, kim byłem. Ukazali mi dwie możliwości - pić i żyć jak do tej pory, albo żyć z trzeźwą głową. Przekonali mnie do drugiej możliwości, a także do tego, że powinienem uczestniczyć w spotkaniach grupy AA. Wiedziałem gdzie przyjść i jestem tutaj. Od sześciu miesięcy jestem abstynentem. Odzyskałem żonę i córeczkę, a w grupie AA znalazłem prawdziwych przyjaciół.
- O moim piciu można byłoby napisać grube tomy - mówi Jan. - Żyłem w środowisku, w którym była duża tolerancja na picie. Nikogo nie gorszyło to, że 15-, 16-letni chłopcy piją ze starszymi. Na początku było niewinnie. Piło się w soboty, niedziele. Głowa się cieszyła, był humor. Po ukończeniu osiemnastego roku życia zamieszkałem w hotelu robotniczym. I tam dopiero zaczęło się chlanie. Często ci z mocniejszymi głowami przynosili mnie na plecach. Czasem brakowało pieniędzy, mimo że pracowałem i nieźle zarabiałem. Zawsze „miałem szczęście” wdepnąć w środowisko pijących. W domu pędziło się bimber. Z czasem zaczęły się kłopoty w pracy. Miałem pretensje do wszystkich, tylko nie do siebie. Najtrudniej przyznać się, że jest się alkoholikiem, bo to wstyd i obciach. Każdy alkoholik stacza się, aż osiągnie dno. Jeżeli ktoś naprawdę chce zmienić swoje życie, może się odbić od tego dna. Moim dnem była utrata pracy, rozwalenie się rodziny. Chciałem coś z sobą zrobić, zgłosiłem się na terapię. Straciłem żonę, która nie mogła mnie zrozumieć, bo też piła. Pijany z trzeźwym nie będzie razem. Wolałem być sam. Myślałem też, że sam poradzę sobie z uzależnieniem. Po pięciu latach nie wytrzymałe, zapiłem. Zdarzało się tak kilka razy. Teraz zaliczam czwarty rok trzeźwości. Chcę być trzeźwy. Grupa daje mi pewność siebie. Kiedyś problemy zapijałem, bo to było najprostsze. Tego, jak żyć na trzeźwo, jak radzić sobie z problemami bez „pomocy” alkoholu, nauczyłem się na spotkaniach grupy AA. Poznałem problemy innych alkoholików i stwierdziłem, że mój problem jest niewielki. Kobietę zawsze można sobie znaleźć. Opłaca się być trzeźwym. Alkohol już mnie nie nakręca. Zakodowałem sobie, że wódka nie jest dla mnie. Nie muszę unikać pijącego towarzystwa. Ale muszę być do tego psychicznie przygotowany. Pijące towarzystwo toleruję do czasu, kiedy pijącym zaszumi. Wtedy przychodzi ochota na kielicha, ale mówię sobie stop i wypadam. Przychodzę na spotkania. Dają mi one poczucie bezpieczeństwa. Są to spotkania przyjaciół, którzy na trzeźwo uczą się rozwiązywać problemy.
- Terapię zacząłem od detoksu - mówi Zbigniew. - Nie chciałem kłamać, że przed terapią miałem kilkunastodniowy okres abstynencji. Całe swoje pijackie i hazardowe życie kłamałem i oszukiwałem. Wymyślałem różne niestworzone rzeczy, żeby tylko wyrwać się z domu. Na terapię zdecydowałem się pod naciskiem żony i dzieci. O swojej chorobie osoba uzależniona dowiaduje się od kogoś drugiego. Potem przychodzi refleksja. Przegrałem i przepiłem masę pieniędzy. Mogłem stracić rodzinę.
Na detoksie zrozumiałem wiele spraw. Byłem zamknięty, gorzej niż w więzieniu. Wolno było tylko co godzinę wyjść na klatkę schodową, na papierosa. Chciałem zakwalifikować się na terapię. Bez niej nie miałem powrotu do domu. Wszystko rozwaliłoby się do końca. Zdawałem sobie sprawę z tego, że decyduję się na utratę dwóch przyjaciół - alkoholu i hazardu. Puste miejsce po nich musiałem czymś zapełnić. W czerwcu 2010 pierwszy raz przyszedłem na spotkanie grupy AA. Poznałem nowych przyjaciół, nowe sposoby rozwiązywania problemów. Bałem się, czy będę umiał się zachować na pierwszej zabawie bezalkoholowej. Na weselu syna również bawiłem się bez picia. Udało się, można bawić się na trzeźwo. Spotkania wiele dają, na pewno pomagają. Cenię wyjazdy do Lichenia, na spotkania ludzi uzależnionych. Widok około 40 tys. ludzi, którzy chcą pokonać różne uzależnienia, robi wrażenie. Podobne spotkania odbywają się w Częstochowie. To umacnia. Mam nadzieję, że wytrzymam.
Stowarzyszenie
Dla zwiększenia zdolności oddziaływania grup AA, w grudniu 2010 założono Stowarzyszenie Abstynenckie „Tęcza”. Obecnie należy do niego ponad trzydzieści osób. Otwiera to możliwości zdobywania środków na organizowanie warsztatów z terapeutami, wyjazdów oraz imprez integrujących środowisko AA. Ważne też jest uświadamianie lokalnej społeczności, że alkoholizm jest chorobą wpisaną do rejestru chorób społecznych i można ją leczyć. Tym bardziej, że nie jest to tylko choroba alkoholika, a także jego rodziny, najbliższych, którzy są współuzależnieni. Celem stowarzyszenia jest pomaganie uzależnionym i współuzależnionym, a nikt tak skutecznie nie pomoże jak ktoś, kto ma podobne doświadczenia. Być może zawiąże się więcej grup AA - kandydatów jest wielu. Nie do wszystkich to dociera, albo nie wiedzą gdzie udać się po pomoc. Potrzebny jest lokal, gdzie codziennie będzie można udzielać informacji, porozmawiać, spotkać się w gronie uzależnionych. Lokale udostępniane raz w tygodniu - przy kościele św. Maksymiliana M. Kolbego w przychodni przy Bożka 13 - to za mało.
Władze „Tęczy” nawiązały już kontakt z innymi stowarzyszeniami abstynenckimi. Są to  „Odnowa”, które od 32 lat działa we Wrocławiu oraz „Świeży Oddech” z Oławy. Chodzi o wymianę doświadczeń i wzajemne wspomaganie działalności. Uważają też, że konieczne jest rozwijanie współpracy z samorządowymi władzami gminy.
Kontakty
Spotkania grupy AA  „Zosia” odbywają się w każdą środę o godz.18.00, w salce przy parafii rzymsko-katolickiej pw. św. Maksymiliana M. Kolbego w Jelczu-Laskowicach przy ul.Oławskiej 44. Ostatnie spotkanie w miesiącu jest otwarte. W tym miejscu w każdy poniedziałek o godz. 17.00 spotykają się osoby współuzależnione (grupa AL-ANON).
W lipcu 2010 Powstała Nowa Grupa AA w Jelczu-Laskowicach pod nazwą „Nowe Życie”. Spotkania odbywają się w każdą niedzielę o godz.18.00 w Przychodni Rejonowej w J-L przy ul.Bożka 13 (wejście od ul. Oławskiej). Ostatnie spotkanie w miesiącu jest otwarte. W tym lokalu funkcjonuje też grupa DDA (dorosłe dzieci alkoholików) Spotkania DDA, wszystkie otwarte, odbywają się w każdą niedzielę o godz.16.00. Więcej informacji można uzyskać pod tel. nr 785 252 651.
W Oławie pomoc niesie Stowarzyszenie Abstynenckie „Świeży Oddech” - w  poniedziałki i środy w godz. od 17.00 do 20.00,  przy ul Armii Krajowej 9. Pod tym adresem odbywają się spotkania grupy AA „Barka” - we wtorki o godz. 19.00 i grupy AL-ANON - w czwartki o godz. 18.30.
wielblad.gif
mikolaj_ruchomy.gif

DAROWIZNA

Nr. Konta
Stowarzyszenia ,,TĘCZA"
Bank Spółdzielczy
w Oławie:
Nr: 81-9585-0007
-0020-0209-1325
-0001
LOADING
Photo Title 1Photo Title 2Photo Title 3Photo Title 4Photo Title 5

RANKING  TERAPII  UZALEŻNIEŃ

Grafika zaczerpnięta ze strony Grupy AA "Bez Dymka"

Licznik odwiedzin : 132627
We have 11 guests online